Strona 1 z 512345

Gantz (2011)

GantzGantz, japoński, dwuczęściowy film SF na podstawie mangi autorstwa Hiroya Oku. Jest to kolejny przykład z ostatnich lat, iż nie tylko Amerykanie w swoim Hollywood mogą nakręcić przyzwoity film SF z dobrymi efektami specjalnymi. Ziemię atakują kosmici i tylko Gantz z grupką wybrańców może ich powstrzymać.

Dwójka zwykłych nastolatków, Kei Kurono i Masaru Kato, wracając metrem do domu pomaga pijanemu bezdomnemu uniknąć śmierci pod kołami pociągu, jednak im samym nie udaje się umknąć nadjeżdżającego wagonu metra. Kiedy wydaje się, że główni bohaterowie umierają tragiczną śmiercią, ci budzą się w pustym mieszkaniu, gdzieś w Tokio, poza nimi obecnych jest w nim jeszcze kilka osób i osobliwa czarna kula. Każdy z obecnych opowiada historię jak to chwilę wcześniej umierał, a potem znalazł się w tym pokoju. Gdy nikt nie zna poprawnej odpowiedzi, dlaczego się znalazł w takim dziwnym położeniu, Gantz (bo tak zowie owa kula) daje im zadanie do wykonania oraz broń, którą mogą się posłużyć. A zadanie bohaterów jest całkiem proste: zabić kosmitów, zanim ci zabiją ich. Za każde wykonane zadanie, bohaterowie dostają punkty, gdy uzbiera się 100 punktów można wybrać albo wskrzeszenie innych uczestników gry, albo powrót do normalnego życia. Z czasem okazuje się, że zadania postawione przez Gantza wcale nie są takie proste, bohaterowie mają trudność w ich wykonaniu i sam Gantz wcale nie ułatwia życia bohaterom, zmieniając zasady w trakcie gry…

Druga część Gantza, Idealne rozwiązanie, komplikuje tą względnie prostą fabułę. Świat przestaje być czarno-biały. Obcy, z którymi Gantz każe walczyć bohaterom, posiadają wiedzę i o Gantzu i o zadaniach, które powierza swoim wybrańcom. Próbują go znaleźć i zniszczyć. Do tego wszystkiego sam Gantz zaczyna szwankować…

Gantz: Efekt transportuDo fabuły jeszcze wrócę, bo wymaga ona jeszcze kilku zdań opisu, zacznę od najprzyjemniejszych aspektów filmów. Efekty specjalne, podobnie jak to miało miejsce przy Space Battleship Yamato, jest to jedna z najlepiej zrealizowanych rzeczy w filmie, szczególnie w pierwszej części. Zarówno animacja przenoszenia postaci przez Gantza (zob. dołączony zrzut), jak i sceny walk zrealizowane są na wysokim poziomie. Widać, że realizatorzy dopieścili ten aspekt. Podobnież broń i efekty wystrzałów z niej. W pierwszej części filmu nie ma się do czego przeczepić, natomiast w drugiej jest nieco gorzej, wzrosłą ilość efekt i odbiło się to na ich jakości. Widoczne to jest szczególnie podczas pościgu przez Tokio, gdzie słaba jakość komputerowo naniesionych postaci momentami rzuca się w oczy. Ale trzeba przyznać, że sceny walk w drugiej części również prezentują przyzwoity poziom realizacji efektów.

Po efektach, kolejną prostą sprawą jest gra aktorska, a ta podobnie jak w SBY, jest typowa dla japońskich produkcji. Główny bohater, Kei Kurono, nie ma większej szansy na zdobycie sympatii europejskiego widza, szczególnie gdy na początku poznajemy go jako stereotypowego japońskiego nastolatka, choć z czasem się zmienia, to jednak wciąż za bardzo odstaje od europejskiej wizji młodego człowieka. O wiele większe szanse na wzbudzenie sympatii ma drugi bohater, Kato, jednak jego postać bardzo szybko zostaje poprowadzona jako drugoplanowa i wręcz zmarginalizowana, mimo całego drzemiącego w niej potencjału.

GantzZostała jeszcze kwestia muzyki. Szczerze wam napiszę, ta nijak nie została w mojej pamięci, zresztą rzadko zostaje, co tak naprawdę świadczy, że nie została źle dobrana do akcji, nie stała się ważniejsza od filmu do którego została podłożona. Jedynie motyw odgrywany przez Gantza na rozpoczęcie każdej misji wart jest wspomnienia, odgrywany jakby puszczany ze zdartej płyty gramofonowej, zostaje w pamięci.

Wartym osobnego akapitu jest jeszcze broń, którą pokazano w filmie (również w anime i pewno w mandze też). W pierwszej chwili wygląda jak plastikowe zabawki, zdecydowanie przerośnięte, nieporęczne, niemal typowy projekt dla kiepskiego SF. Jednak gdy dochodzi do ich użycia, stają się znacznie bardziej interesujące, szczególnie lag powstały między strzałem a trafieniem w cel. Bohaterowie naciskają spust i nic, i nic, i nic i bum, niemal jak po trawieniu granatnikiem. Wydaje się, że nie ma pocisku, jednak efekt po znacznym opóźnieniu jest przerażający, szczególnie przy pierwszych strzałach. Tego jeszcze w SF nie grali. Oczywiście były różne rodzaje broni działającej z opóźnieniem, ale chyba jeszcze nie było takiej broni, która po prostu posiada przerwę między strzałem a efektem jak pokazana w Gantz. I nie jest to pocisk, bo na trafionym celu nie ma śladu aż do końcowej reakcji, nie jest to też „lot” bo cel może się przemieścić po „trafieniu” i dopiero potem następuje reakcja. Jest to interesujący też o tyle, że mimo wystrzelenia i trafienia, przeciwnik przez pewien czas pozostaje w pełni sprawy i wciąż może walczyć.

Gantz: Karta postaci Kei KuronoI tak powracam do fabuły, początkowo to miał być nawet dłuższy akapit, ale po głębszym przemyśleniu muszę stwierdzić, że fabuła jest typowa dla przygodówek, mamy dobrego bohatera i hordy złych, stopniowo wzrastający poziom trudności i głównego bossa na końcu. Nic szczególnego, choć pozwala bardzo przyjemnie spędzić kilka godzin. Muszę jednak zaznaczyć, że finał filmu, będący happy endem, jest słabszy od finału anime, która kończy się wielką niepewnością, co do losów Kei Kurono. Trzeba jednak uwzględnić, że anime w całości ma o wiele smutniejszy przekaz – nie ma wskrzeszanie bohaterów, jeszcze bardziej przewrotny Gantz – większa nieprzewidywalność anime, pozytywnie wpływa na odbiór dzieła.

Gantz: Perfect AnswerPowinien ostrzec ewentualnych przyszłych widzów anime, skierowane jest ono do starszej widowni, jest pewna ilość scen nagości jak i gore, które wymusiły cenzurę niektórych scen podczas emisji w telewizji (wersja DVD, jest nieocenzurowana). W filmie choć też pojawiają się sceny nagości to jednak są to tylko podteksty, krwi również jest sporo, jednak znowu bez dosłowności – film jest przeznaczony głównie na rynek kinowy, a tam przeważają młodsi widzowie.

Podsumowując, Gantz5/6, za bardzo dobre efekty i przyjemną fabułę przygodówki. Gantz: Perfect Answer4/6, słabsza ocena za widoczne niedociągnięcia w efektach oraz wymuszony happy end. Gantz Anime4/6.

The Harry Iron – To The Stars

To The StarsTym razem na blogu znalazło się miejsce dla książki Thomasa C. Stone, autora raczej nie znanego jeszcze na polskim rynku. Pierwszą książką trylogii o Harrym Ironie jest tom Ku Gwiazdom, gdzie ludzkość w niedalekiej przyszłości rozpoczyna eksplorację kosmosu.

Początek XXII wieku, za pasem planetoid odkryto tunel prowadzący do innych systemów gwiezdnych. Różne korporacje organizują ekipy badawcze, które mają udać się w tunel, sprawdzić co jest po drugiej stronie i wrócić z informacjami czy nowo odkryty teren nadaje się do kolonizacji lub eksploatacji przez korporacje. Do jednej z takich ekip udaje się dostać młodemu Harrisonowi i wraz z nią udaje się na Magellanie w podróż w nieznane. Po pewnych problemach z przejściem przez tunel, Magellan wychodzi z drugiej strony tunelu nad planetą wyglądającą na niemal idealną dla potrzeb ludzkich kolonistów. Na niej ziemscy podróżnicy odkrywają dwie inteligentne rasy. Prymitywnych aborygenów i dziwną, zaawansowaną rasę, która zwie się Prawdziwymi. Załoga Magellana oba spotkania przypłaca stratami w swoim składzie, jednak gdy w końcu udaje im się zwrócić uwagę Prawdziwych na siebie, ci po krótkotrwałym zainteresowaniem Ziemianami, ignorują ich dalszą obecność. Wszyscy są zszokowani zaistniałym biegiem wydarzeń, wszyscy z wyjątkiem dowódcy wyprawy, Fagana, który wydaje się wiedzieć więcej niż ujawnia przed załogą. Harry staje przed trudnym zadaniem odkrycia motywacji Fagana i równoczesnym uratowaniem pozostałych członków wyprawy.

Fabuła choć wydaje się sztampowa, prezentuje w sobie kilka interesujących zagadnień. Sam pomysł względnie „prymitywnej” eksploracji kosmosu przez ludzkość w swoich małych stateczkach z ograniczonym czasem misji, jest bardzo interesującym tematem na książkę (i nie tylko). Co widać po sukcesie Odysei Kosmicznych i niedocenionym acz bardzo ciekawym serialu Defying Gravity. Ludzie wyruszający w niegościnny kosmos w swoich delikatnych skorupkach, gdzie od śmiertelnej próżni oddziela ich tylko cienka ściana poszycia. Jest to temat, który przy obecnym poziomie rozwoju programów kosmicznych na Ziemi, przyciąga uwagę czytelnika/widza swą realnością. Równie interesującym tematem jest spotkanie rasy na tyle rozwiniętej, że traktujących ludzi jako nie wartych kontaktu i uwagi zwierzęta. Nie tylko ignorując obecność ludzi, nie tylko nie interesując się ich pochodzeniem, ale wręcz traktowaniem ich jak insektów, że gdy ci wejdą w drogą obcym zostają wyeliminowany bez objawów najmniejszych skrupułów. Motyw młodego Harry’ego, który musi walczyć o swoje miejsce w załodze, przechodzić testy a następnie udowodnić swoją przydatność też jest pozytywnym aspektem książki. Przez moment przypominało to „Grę Endera”, gdzie również pojawia się podobny motyw szkolenia. Niestety tutaj potraktowany nieco po macoszemu, niby coś jest, ale zdecydowanie zbyt skromnie opisane.

Jednak te kilka pozytywnych aspektów fabuły nie równoważy błędów i niedociągnięć popełnionych przez autora w książce. Po pierwsze, tymi najbardziej irytującymi błędami są podania czasów lotów, a więc i odległości. Przez długi czas w SF twórcy (zwłaszcza filmowi i telewizyjni) przywiązywali mniejszą uwagę do takich szczegółów, jak właśnie czas pokonywania odległości w kosmosie, widać to nawet w Star Treku, gdzie czasem ta sama prędkość pozwala na pokonanie tej samej odległości w różnym czasie. Jednak w książkach autorzy bardziej przywiązywali uwagę do takich szczegółów, najlepszym przykładem w tej dziedzinie jest autor obecnie chyba najlepszej space opery, David Weber, u którego minut świetlna to ~18 mln km i okręt potrzebuje odpowiednio długiego czasu na jej pokonane. Tymczasem u Stone’a podróż z Ziemi do tunelu trwa aż 15 miesięcy, podczas gdy lot po drugiej stronie od tunelu do orbity w około planety to ledwo doba, ale już w odwrotną stronę podróż ma zająć mniej niż godzinę. Podobnie czas lotu na planetę i z powrotem wydaje się być zbyt krótkim jak na odległość i zastosowany napęd. Jest to błąd, który w dzisiejszych czasach nie powinien się zdarzać, autor powinien sobie ustalić odległości obiektów przed pisaniem.

Po drugie, niedociągnięcia dotyczące zachowań bohaterów i ich losów. Sam sposób badania planety, nieprzygotowanie bazy na miejscu lądowania. Całkowity brak przewidywania wydarzeń przez dowódcę, którego autor próbuje kreować na osobę przewidującą i z planem. Niby wie co może spotkać go na planecie, ale nie przygotowuje żadnego planu na wypadek pozostawienia kogoś na planecie. Nawet gdy już jedna osoba zostaje tam zostawiona, nie zostawiają jej zapasów, radia, nic co można by wykorzystać do przetrwania w niegościnnym środowisku, co mogło by poinformować statek matkę o lokalizacji i stanie pozostawionych na planecie.

Po kolejne to relacje między bohaterami, między głównym bohaterem Harrym a Kathleen, Z jednej strony mamy wręcz uczucie jak między zakochanymi nastolatkami, z drugiej strony relacja ta spłycona zostaje do kilku uścisków i jednej sceny seksu, niezbyt interesująco pokazanej, a przecież autor miał wyjątkową możliwość pokazania zachowania ludzi w stanie nieważkości.Zresztą sam motyw nieważkości wydaje się czasem autorowi uciekać, bohaterowie latają po statku, ale gdy przychodzi do interakcji z otoczeniem, to zupełnie jakby powracała grawitacja, bohaterowie wpadają wgłąb krzeseł, przedmioty szurają po nawierzchni itp. Podobnie spłycenie ma miejsce wśród bohaterów drugoplanowych, szczególnie widoczne jest to u Blane’a, młodego komputerowca, który może podłączyć się do dowolnej maszyny. Autor twierdzi, że to geniusz, ale w samej książce jakoś tego nie widać.

Podobnie kiepsko wykorzystano motyw rozwiniętej cywilizacji obcych, najpierw autor sugeruje, że Prawdziwi są bardzo rozwinięci i nikt w galaktyce ich nie interesuje, jako partnerów do rozmów. Rozwiniętych na tyle, że tworzą sobie rezerwat na planecie i przeszczepiają tam gatunki z innych planet, mają inteligentny statek, nawet napęd nadświetlny. Rozwiniętych na tyle, że aż popadli w dekadentyzm i jedyną rzeczą utrzymującą ich przy życiu są ich inteligentne systemy, jak właśnie okręt. Tylko po to, by po chwili zdementować całą sprawę, a ową rasę przedstawić jako kosmicznych piratów, żerujących na innych rasach z którymi weszły w kontakt.

Krótko podsumowując, kilka ciekawych, lecz słabo rozwiniętych pomysłów autora, nie są wstanie poprawić słabego odbioru książki. To The Star da się przeczytać bez większych trudności, czytelnik może poczuć nawet sympatię do bohaterów, ale kilka razy ma się wrażenie, że autor nie przemyślał dokładnie fabularnych konsekwencji czynów bohaterów. W książkach przygodowych jest to częste i nie przeszkadza w przyjemnym odbiorze materiału, tu jednak autor mierzy w space operę, w której takich błędów powinno się wystrzegać, np. cudowna materializacja zniszczonego wyposażenia, jest.nie do przyjęcia. Na obronę oddaję autorowi fakt, iż jest jest to jego pierwsza książka, daje to pewne nadzieję dla następnych książek. Jednak obecnie nie mogę ocenić książki na więcej niż 3/6.

Gdyby ktoś był zainteresowanym książką, wersja elektroniczna dostępna jest obecnie za darmo na amerykańskim Amazonie. Przeznaczona jest na sztandarowy produkt Amazona, czytnik Kindle, ale można ją kupić i czytać również nie posiadając owego urządzenia, przy użyciu programu Kindle for PC.

The Final Countdown (1980)

The Final CountdownOstatnio na blogu głównie książki lądowały, więc trzeba to zmienić. Pod koniec zeszłego roku przeczytałem trylogię Birminghama, Oś czasu, trylogię której fabula w pewien sposób przypomina film – istnieją spore szanse, że Końcowe odliczane (bądź jak kto woli oryginalne polskie tłumaczenia Jeszcze raz Pearl Harbor) było jedną z inspiracji Birminghama do napisania swojej alternatywnej wersji wydarzeń Drugiej Wojny Światowej.

USS Nimitz, pierwszy atomowy lotniskowiec Stanów Zjednoczonych odbywa manewry w pobliżu Pearl Harbor. Nagle nad okrętem pojawia się dziwny sztorm, ogłuszając na chwilę załogę. Gdy ta dochodzi do siebie, stwierdza iż na radarach nic nie widać, w radiu też nic nie ma, jedynie na jednej z częstotliwość ktoś nadaje wiadomość w starym kodzie używanym przed WWII. Alarmowa drużyna F-14 wysłana na rekonesans odnajduje w powietrzu dwa japońskie myśliwce Zero z okresu drugiej wojny światowej. Po krótkiej walce manewrowej, Zero zostają zestrzelone. Dokładniejszy zwiad stwierdza obecność dużej floty w Pearl Harbor, wśród nich między innymi USS Arizona, a na oceanie zostaje odnaleziona jeszcze większe zgrupowanie jednostek, Japońska flota zmierzająca na Pearl. Jest 6 grudnia 1941 roku, przeddzień ataku który zmusił Stany Zjednoczone do przystąpienia do Drugiej Wojny Światowej. Kapitan Yelland staje przed trudną decyzją, czy zapobiec atakowi, czy zmienić losy świata…

Jak widać powyżej, fabuła filmu prezentuje się dosyć prosto, choć wbrew pozorom ma bardzo skomplikowane założenia, co widać nawet w kilku cytatach z filmu, gdy po znalezieniu i rozpoznaniu japońskiej floty następuje krótka wymiana zdań między Laskym a kapitanem Yellandem:

- Ciągle uważa pan, że to sen?
- To koszmar.

I w trakcie rozważań pierwszego oficera:

(…) To okręt wojenny marynarki Stanów Zjednoczonych! A przynajmniej był. Albo będzie. (…)

USS NimitzJak widać położenie w jakim znalazł się okręt, a raczej decyzje, które musi podjąć kapitan nie są łatwe. Ma okazję powstrzymać jedną z największych tragedii jakie dotknęły Amerykę, a jednocześnie może to wywołać olbrzymie reperkusje. 6 grudnia 1941 roku Japonia i Stany były względem siebie neutralne, więc gdyby Yelland zniszczył flotę wroga to on odpowiadał by za rozpoczęcie wojny, nie Japończycy. Więc to USA zostało by agresorem dla kart historii, mimo iż to Japonia szykowała się do ataku, ale pewno znaleźli by się później i tacy historycy, co by twierdzili inaczej, że np. USS Nimitz mógłby skutecznie zagrać jako straszak na wroga. Kolejnym problem było zwierzchnictwo na Yellandem, który był tylko kapitanem, ale żaden z jego zwierzchników dnia wczorajszego jeszcze nie zajmuje swoich stanowisk. Czy teraz Roosevelt będzie mu wydawał rozkazy? Ale kto z miejscowych mu uwierzy, senatorowi z tego okresu, przez radio nie uwierzyli, a Yamamoto zaatakuje o świcie następnego dnia. Sytuacja do prostych nie należy, jednak wszyscy wiemy jak się w filmie kończy, Yelland decyduje się na atak uprzedzający, do którego jednak ani scenarzysta ani reżyser nie dopuszczają, a szkoda bo jak można przeczytać w książkach w których pisarze tworzą alternatywne wersje wydarzeń, takie scenariusze są niemal zawsze interesującą lekturą.

F-14 vs ZeroNiestety film ten poza niedopisaną fabułą ma do zaoferowania widzowi tylko jedną rzecz, ujęcia okrętu i samolotów. Efekty specjalne właściwie w nim nie istnieją, ale nie szkodzi to filmowi, ponieważ zdjęcia kręcono na prawdziwym lotniskowcu, przy współudziale załogi owej jednostki. I tych kilka zdjęć wartych jest zobaczenia, zarówno startujących maszyn, jak lądujących. Szczególnie interesująca jest scena lądowania bez haka hamującego samolot. Warta zobaczenia jest również krótka walka manewrowa (tzw dogfight) między F-14 Tomcat a japońskimi Zero (co prawda w filmie grają je zbliżone wyglądem i przemalowane AT-6 Texans, ale większość nigdy tego nie zauważy). Należy przy tym zaznaczyć, że film kręcono pod koniec lat siedemdziesiątych, nie ma tu komputerowo naniesionych samolotów, odrzutowe F-14 i tłokowe AT-6 naprawdę manewrowały koło siebie. W dzisiejszych czasach nikt już nie kręci takich scen…

Jeśli zaś chodzi o pozostałe strony filmu, to nic już dodać się się nie da. Gra aktorska jest średnia, ani Kirk Douglas, ani Martin Sheen nie wykazali się specjalnie grą aktorską w filmie, nie wzbudzili większych emocji w widzach, ale też nie zniechęcili ich do siebie. Sporo ujęć zawiera błędy montażowe, jak zmiana numerów jednostek, czy odwrotna kolejność startu i kołowania, ale błędy to nie wpływają negatywnie na odbiór, choć szczerze powiedziawszy, gdy w ostatnim czasem przenoszono obraz na nośniki HD, to mogli się producenci postarać i poprawiać takie błahostki, 30 lat temu było to trudniejsze zadanie, ale dziś to przecież tylko chwila pracy dla jakiegoś grafika…

Pewno teraz sporo osób się zastanawia, dlaczego warto by zobaczyć ten film (jeśli ktoś jeszcze nie widział). A warto ponieważ film odcisnął piętno w światowej SF, niemal na pewno był inspiracją dla Osi czasu, wspomina o nim nawet Marcin Ciszewski w swoim cyklu WWW. Może zainspiruje jeszcze kogoś, kto postawi sobie pytanie, co by było gdyby Yelland nie zawrócił samolotów, gdyby jednak zmienił historię. Gdybym miał oceniać sam film, za to jaki jest, to za mimo ujęć na lotniskowcu i walki manewrowej nie mógłbym mu dać więcej niż 3,5/6, jednak biorąc pod uwagę pytania jakie powstają w głowie po seansie film zasługuje na 4/6. I polecam seans filmu, zwłaszcza gdy ktoś planuje siąść do lektur wyżej wymienionych książek.

Star Trek Titan – Sword of Damocles

Titan#4 Sword of DamoclesMiecz Damoklesa to czwarty tom przygód załogi Tytana, autorem książki jest Geoffrey Thorne (który jest odpowiedzialny za część scenariuszy do całkiem przyjemnego serialu Leverage (Uczciwy przekręt). Tytan kontynuuje eksplorację Ramienia Oriona, gdy niespodziewanie odbiera sygnał nadany z niezbadanego dotąd zakątka galaktyki, w którym Tytan wymieniony został z nazwy.

Przez blisko miesiąc Tytan prowadził bardzo trudną obserwację rejonu zwanego Occultus Ora, przestrzeni permanentnej ciemności. By badania mogły odnieść sukces, potrzeba było wytężonej pracy całego zespołu naukowego okrętu, niestety przy niezbyt chętnym do współpracy głównym inżynierze. Pod sam koniec badań, Ra-Havreii rozpoczął, przedwcześnie, roboty inżynierskie przy sensorach, niemal niszcząc miesięczną pracę komandora Jaza. W trakcie analizy zebranego materiału, odkryty zostaje w nim sygnał wysłany do Tytana, informujący go o niebezpieczeństwie. Riker decyduje się na sprawdzenie kto i dlaczego nadał ów sygnał, kieruje jednostkę w stronę planety Orisha. Nim jednak docierają na miejsce, okręt zostaje unieruchomiony. Zwiad, w skład którego wchodzi między innymi Jaza, wysłany promem, zostaje zaatakowany i znika z sensorów. Kiedy Jaza odzyskuje przytomność, znajduje się na planecie w samym środku konfliktu między rdzennym mieszkańcami. Choć ich wygląd pasuje do opisu mieszkańców Orishy, to nie można tego powiedzieć o ich zachowanie i wyglądzie samej planety. Wszystko wskazuje iż Jaza wraz z chorążym Modan znaleźli się tysiąc lat w przeszłości, a istnieniu planety i jej mieszkańców zagraża to samo co uszkodziło Tytana.

USS TitanCzwarta książka z serii, którą po dwóch słabszych nowelach czyta się równie przyjemnie jak pierwszy tom, choć nie ona pozbawiona wad. Po przeczytaniu chciałoby się wręcz krzyczeć, że fabuła jest do bólu wtórna. Okrętowi i załodze zagraża wręcz niepokonana siła, wszystko wskazuje iż uzdolnionej załodze braknie czasu na dokonanie niezbędnych modyfikacji, które pozwolą jej przetrwać, gdy nagle dostają niemal tyle czasu ile tylko chcą, dzięki podróży w czasie. A zaczynało się tak przyjemnie, spokojną eksploracją kosmosu i problemami załogi i ich interakcji. A ta interakcja sama w sumie musi być ciekawa, w końcu na pokładzie USS Titan jest największa dywersyfikacja ras ze wszystkich okrętów Gwiezdnej Floty. Może więc zacznę od pozytywnej strony książki, bohaterów.

Trzeba przyznać autorowi, że choć skupił się postaci szefa sekcji naukowej okrętu, komandora porucznika Jaza Najem, Bajoranina i jego interakcji z otoczeniem, to popchnął rozwój kilku postaci znacznie bardziej do przodu niż miało to miejsce w poprzednim tomie, autorstwa Bennetta. (Do pierwszych dwóch tomów, nie będę porównywał, bo ich zadaniem było bardziej dać początek serii i osadzić bohaterów w nowych wydarzeniach, niż stworzyć ich gruntowne tło.) Główną postacią był tu właśnie Najem, poznajemy jego historię z czasów ruchu oporu, z czasów gdy był sceptykiem i co go tak naprawdę nawróciło. Poznajemy też lepiej bohaterów, z którymi z racji zajmowanego stanowiska musi współpracować. Poznajemy kadeta Dakal, pierwszego Cardassianina w szeregach Federacji, który musi zmierzyć światopogląd wyniesiony z rodzinnej planety, z tym panującym w Federacji. Należy też pamiętać, że jeszcze kilka lat wcześniej Jaza wysadzał rodaków Dakala, gdy ci okupowali jego planetę. No i właściwie ostatnią osobą, do rozwoju której Thorne dodał interesujące szczegóły jest główny mechanik, dr Xin Ra-Havreii. I to nie jakieś szczególiki typu, że jest geniuszem (bo pewno i jest) i że ma luźny stosunek do płci przeciwnej (pewno, gdyby dać Bennettowi szansę to Xin spałby z każdą na pokładzie, mężatek nie wyłączając), a informacje dlaczego dla pozostałych wydaje się być ekscentrykiem, podczas gdy ma to związek z jego wychowaniem i przyswajaniem wiedzy. Choć jego ekscentryzm też jest problemem, choćby uparte dążenie, by Tytan jako pierwszy okręt wrócił do macierzystego portu w lepszym stanie niż z niej wyruszył, przez co często zamiast szybko naprawić uszkodzenie, gotów jest w tym celu wymienić pół okrętu. Wszystkie te drobnostki, które można zaobserwować przy postaciach, jak choćby słuchanie muzyki prze Ra-Havreii sprawie, że bohaterowie u Thorne’a wydają się znacznie bliżsi czytelnikowi, niż miało to miejsce wcześniej, co wyszło lekturze na dobre.

Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o fabule. Ta wypada przeciętnie, zarówno w porównaniu do innych książek, jak i do samych Treków. Nie ma w niej w ogóle zaskakujących zwrotów akcji, choć autor starał się kilka takich wprowadzić. Wraz z ujawnieniem faktu iż dwoje bohaterów przeniosło się w czasie o tysiąc lat wstecz (co następuje dosyć wcześnie w książce) wszystko staje się przewidywalne. Gdy jedna z postaci wspomina o zmianach jakie zaszły w przeszłości i że odpowiadała za nie Wyrocznia, wiadomo już iż stoi za tym jeden z bohaterów, którzy są w przeszłości. Podobnie z rozbitym okrętem klasy Luna. Mimo próby stworzenia napięcia u czytelnika, iż to Tytan został zniszczony, proces ten nie przynosi skutku. Każdy szczególik od początku upewnia czytelnika iż to nie Tytan, a jego siostrzana jednostka, która wzywała go na pomoc. Wszystko to sprawia iż scena w epilogu, gdzie Jaza odnajduje plakietkę okrętu, traci dla czytelnika wszelkie znaczenie. Nieco lepiej prezentuje się sytuacja pozostałych członków zwiadu, czyli Troi, Vale, Keru i Ra-Havreii. Ich losy zaprezentowane zostały lepiej, jednak z punktu widzenia czytelnika, tylko poprawnie, brakuje w niej niepewności, napięcia, tajemniczości. Interakcja bohaterów z otoczeniem stopniowo rozwiązuje problem książki, wszystko wydawałoby się w porządku, ale gdy nagle jedno z bohaterów zostaje uprowadzane przez miejscowych, zaraz pojawia się opis, że nic jej się nie stało, że wszystko będzie ok, że miejscowi chcą ich tylko przesłuchać. Podobnie sytuacja prezentuje się na Tytanie, tu również brak tego napięcia jest odczuwalny, a postęp wydarzeń typowy dla 40 minutowego odcinka, nie dla książki, gdzie czas ten nie jest tak ograniczony.

Podsumowując, bo tak naprawdę niewiele więcej można napisać o tej krótkiej książce. Czyta się naprawdę przyjemnie, dobrze rozpisano bohaterów i po zakończeniu tomu, ma się ochotę sięgnąć po kolejny. To wszystko daje jej, podobnie jak pierwszemu tomowi 4,5/6.

Oś czasu – Ostateczny cel

Ostateczny celOstatni tom trylogii Johna Birminghama, w którym wielonarodowa grupa marynarzy z XXI wieku znacząco zmienia bieg Drugiej Wojny Światowej. Jest rok 1944, Alianci rozpoczynają wielką ofensywę na frontach Europy i Pacyfiku. Sowieci również wracają do gry i to w całkiem zaskakującej sposób.

Jest maj 1944 roku, Alianci rozpoczęli wielką ofensywę w Europie, wykorzystując do tego pełną paletę nowych zabawek, od F-86 Sabre, po Kałasznikowy. Kawaleria zamieniła swoje konie na helikoptery. Całość operacji wspiera oczywiście HMS Trident, zapewniając olbrzymią przewagę rozpoznania, której nadal nie są wstanie dorównać współczesne urządzenia. Resztki Luftwaffe zostają zmiecione z nieba Europy. Ośrodki badań nad nowoczesną technologią zlokalizowane we Francji zostają przejęte przez komandosów lub zniszczone w dokładnych bombardowaniach. W tym samym czasie, z San Diego wyrusza najpotężniejsza i najnowocześniejsza flota jaką widział ten świat. USS Hillary Clinton została naprawiona i jest obecnie jedynym lotniskowcem zdolnym przenosić współczesne samoloty odrzutowe A-4 Skyhawk, W około Big Hill zebrano 4 współczesne lotniskowce, olbrzymie desantowce zbudowane na wzór USS Kandahar i spora ilość jednostek osłony, w tym zupełnie nowe niszczyciele rakietowe. Do floty dołączyć ma jeszcze podwodniak HMAS Havoc, który prowadzi rozpoznanie w pobliżu japońskich wysp macierzystych. Kiedy wszystko wygląda, że już nic nie może zagrozić Alianckim operacjom, do wojny powraca Rosja rzucając na fronty niewyobrażalne ilości sprzętu i ludzi. Nie tylko rozpoczyna gwałtowny przemarsz głąb Rzeszy, ale również przeprowadza inwazję na Japonię, której flota wypłynęła na południowy Pacyfik, by powstrzymać zespół admirała Spruance. Ale niespodziewany powrót do gry, to nie jedyna niespodzianka jaką Stalin zaplanował dla świata. Po otoczeniu wojsk Rzeszy w okolicach Łodzi, na miasto zostaje zrzucony pierwszy ładunek atomowy. Świat zamiera w przerażeniu, gry realna staje się możliwość podbicia całej Europy i Azji przez komunistów.

Przy poprzednich tomach zwracałem szczególną uwagę, że ważnym tematem serii są problemy społeczne i przyśpieszenie zmian przez przybyszy, podobnie jest i w tym tomie, choć temat ten zostaje przesunięty na dalszy plan. Akceptacja kapitan Halabi, ciemnoskórej, muzułmańskiej kobiet, nadal jest sporym problemem na Wyspach, mimo gorącego poparcia udzielanego jej przez Churchilla. Podobne problemy dotykają generała Jonesa, który mimo wielu zasług dla ludzi współczesnych, dla wielu ciągle jest tylko niggrem. Trzeba jednaj przyznać, że poprawa jest widoczna, szczególnie w Australii. Innym powiązanym problem była nieczułość przyszłościowców na zadawane cierpienie. Jak się okazało, dwa lata wojny i pokaz bezwzględności w wykonaniu Japończyków na ludności tak cywilnej jak i wojskowej Australii i Hawajów, pozbawił emocji również współczesnych. Szczególnie znaczący okazał się tu pokaz brutalności na Hawajach, gdzie po odbiciu wysp stwierdzono iż siły okupacyjne zabiły dziewięćdziesiąt procent ludności cywilnej i wszystkich żołnierzy. Przez takie wydarzenia, współcześni nie mają żadnych oporów przed stosowaniem taktyki spalonej ziemie, dosłownie spalonej. Przed uderzeniami piechoty i pancerniaków, tereny bombardowane są z pomocą napalmu i innych bomb zapalających. W znieczulicy przerośli nawet ludzi z przyszłości, którzy wojnę z globalnym terroryzmem prowadzili blisko dwadzieścia lat.

Yokosuka MXY7 OhkaO rozwoju uzbrojenia za wiele z tego tomu dodać się nie da. Wszystkie strony wprowadziły na szeroką skalę odrzutowce, broń pancerna uległa poprawie, pociski rakietowe są w użyciu, zwłaszcza u Aliantów, którzy mieli olbrzymie fory w tej sprawie. W sprawie technologii warta uwagi jest Japonia, która po cichutku produkowała sterowane bomby Ohka, dla swoich Kamikaze, przepraszam dla Tokkotai, gdyż samo określenie kamikaze było dla Japończyków obrażające. Ale dlaczego warte jest to uwagi? Ponieważ nikt nie wiedział jak olbrzymią ilość tych jednostek posiada Japonia, ani że pominięto (dzięki wiedzy o przyszłości) wiele mniej udanych projektów, które miano wdrażyć przed pojawieniem się ostatnim typów 42,43 i 44. Obecnie Japonia dysponowała olbrzymią ilością niemal naddźwiękowych (Ohka rozwijała prędkość około tysiąca kilometrów na godzinę) pocisków sterowanych o zasięgu około 250 km. O więc pocisków zdolnych zaatakować przeciwnika z odległości większej niż cokolwiek innego do tej pory, również na tyle szybko, że cele dla bomb właściwie nie miały czasu na obronę, o czym przekonała się bardzo dotkliwie rosyjska flota. Dzięki zaskoczeniu jakie przewidywał plan pierwszego użycia tej broni, flota admirała Spruance, nawet przy wsparciu jednostek admirała Kolhammera, miała nikłe szanse na przetrwanie tego spotkania. Na szczęście dla pozytywnej strony konfliktu, sytuację zmienił powrót ZSRR do wojny.

Znacznie bardziej interesującą sprawą tego tomu jest taktyka jaką zastosowały wszystkie cztery strony w tej końcówce wojny, oraz polityka jaką chciały tą taktyką wprowadzić. O Japonii i ich cichym (w przygotowaniu, głośnym w użyciu) planie już pisałem. Jeśli chodzi o Aliantów, to ich plan na Europę był konwencjonalny, wykorzystać Anglię jako przyczółek i z niego atakować kontynent i Rzeszę. Dzięki olbrzymiej przewadze jaką dawał Trident, bardzo szybko uzyskaną całkowitą przewagę w powietrzu, również dzięki wykorzystaniu na szeroką skalę helikopterów, bardzo szybko przerzucano wojska tam, gdzie są potrzebne, znacznie ułatwiło to też ewakuację rannych. Patton ze swoimi pancerniakami pchał front co raz bardziej w głąb Rzeczy. Na Zachodzie w kilka dni po D-Day, Niemcom zostały tylko lokalne punkty oporu, co prawda bardziej niebezpieczne dla Aliantów niż wyraźnie wytyczony front, jednak osamotnione i otoczone przez siły wroga. Gdy front zachodni właściwie nie istnieje, do wojny powracają Sowieci, rzucając na front wschodni milionowe siły, rozbijać w pył niemieckie dywizje strzegące bezpiecznej granicy, w tym samym czasie Sowieci wykonują powietrzne desanty na południową Francję, Włochy, Bałkany oraz rozpoczynają desant morski na japońskie wyspy macierzyste. Niemcy szykują się do odparcia Rosjan, zbierając siły pod Łodzią i w tym momencie świat przeżywa pierwszy szok. Rosjanie jako pierwsi zrzucają Bombę A, właśnie na Łódź. Podczas gdy świat zwalcza pierwszy szok faktu, że to Stalin wygrał wyścig, a jego wojska kontynuują natarcie, Niemcy serwują światu drugi szok, na linii Odry tworzą front z broni chemicznej o długim czasie działania. Tworzą nad Odrą prawdziwą Ziemię Niczyją, żadna strona nie jest wstanie jej przejść. A gdzie Alianci i ich projekt Manhattan? Mieli przecież znacznie większą przewagę nad resztą, zarówno w ludziach jak i technologii, tymczasem o ich bombie nic nie słychać.

B-52 StratofortressJak się okazuje, projekt Manhattan ma się lepiej niż dobrze. Przy użyciu B-52 Stratofortress zrzucają nie jedną, nie dwie, ale trzy bomby na… Berlin domagając się bezwarunkowej kapitulacji państw Osi. Robiąc przy okazji wszystko co się da, by nie rozdrażnić Stalina, który prawie opanował już dwa kontynenty i jest blisko skierowania luf przeciw swoim „sojusznikom”. Przy okazji całkowicie ignorując rady Kolhammmera w sprawie wroga, z którym już raz przyszło mierzyć się w lodowatym uścisku przez blisko pół wieku. Ale do polityki jeszcze wrócę, na razie powrócę do teatru wojny na Pacyfiku w pobliżu Japonii. Po zniszczeniu Rosjan i utracie elementu zaskoczenia nad Amerykanami, Yamamoto i jego flota szykuje się do obrony wysp, jednak w pobliże jego pancernika Yamato podpływa HMAS Havoc i dostaje rozkaz zatopienia floty przeciwnika, podczas gdy jest to jedyna siła zdolna w obecnym momencie ograniczyć zapędy Stalina z jego programem atomowym i tylko podstęp admirała Kolhammera oraz trzeźwość umysłu admirała Yamamoto ratuje świat przed „Ostatnim brzegiem” (On the Beach – książka Nevila Shute z 57′, oraz dwie ekranizacje), choć Tokio nie znajduje się na liście uratowanych.

Polityka, właściwie najważniejszy temat trzeciej książki serii. Niestety mam negatywne odczucia do linii polityki jaką prowadzi główny gracz, czyli Stany Zjednoczone Ameryki. O ile trzymanie w sekrecie osiągnięć projektu Manhattan jak najbardziej popieram, zwłaszcza gdy w szachu chciano trzymać Stalina i jego bandę, to już jego użycie jest w moim odczuciu zupełnie negatywne. Zrzucenie bomb na właściwie już rozgniecioną Rzeszę, nijak nie wpłynęło na wynik tej potyczki. Sam Himmler, gotów był do bezwarunkowej kapitulacji siłom Aliantów, tylko by ratować to co zostało z jego narodu. W naszej rzeczywistości bomby zrzucono na przegrywającą Japonię, ale nie pokonaną Japonię. Pokaz siły miał uchronić Aliantów przed wykrwawieniem się przy zdobywaniu wysp. Tu pokaz siły nijak nie osiągnął tego celu. Również ignorowanie ostrzeżeń o możliwościach ZSRR i kierownictwa tego kraju, negatywnie pływa na ocenę polityki Roosevelta. Gdyby nie „bunt” Kolhammera, kolejne atomówki niemal na pewno spadły by na Londyn i Canberrę. Ale pomijając kwestie gry na atomówki, bo tu stawki są inne i mogę nie rozumieć do końca tych posunięć, to pozostaje fakt likwidacji Yamamoto, w sytuacji gdy jest (biorąc pod uwagę posiadaną przeze mnie wiedzę i treść książki) najlepszy sojusznik jakiego Alianci mogliby pozyskać, również czasowo zagrana w momencie, gdy Japonia nie miała już wyjścia wzięta między młot i kowadło. A przecież Roosevelt i admirał King znali historię, a mimo to pozwoli by górę wzięły emocje za Hawaje. Zachowanie tych ludzi, siedzących tysiące kilometrów od miejsc walk wzbudza we mnie negatywne uczucia, a przecież to oni powinni na zimno kalkulować sytuację. Jestem co prawda świadom, że gdyby Rosjanie nie przystąpili ponownie do walk, to Yamamoto prawdopodobnie rozniósłby w pył flotę inwazyjną Aliantów, jednak nie mogę go winić za bycie dobrym w swoim fachu, w końcu jest Wielkim Admirałem i jego zadaniem jest pokonanie wrogów, nie ich wybór.

Rozpisałem się, a przecież opisuję najsłabszy tom trylogii. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć, najsłabszy nie znaczy zły, jest tylko słabszy od dwóch poprzednich. Samo zakończenie wojny i wątki z tym związane, jak widać powyżej, prezentują bardzo przyzwoity poziom, nawet jeśli wzbudzają negatywne uczucia. O gorszym odbiorze książki decydują głównie kwestie, których nie ma w książce. Po pierwsze ponad rok przerwy w wydarzeniach. Ja rozumiem, że na frontach powstała stagnacja, gdy każda ze stron próbowała zyskać przewagę na przeciwnikiem, jednak sprawa Hawajów powinna zostać dokładniej opisana, a nie (jak ma to miejsce w trylogii) przeskoczona. Okupacja i odbicie powinno się znaleźć w tym lub poprzednim tomie. I to raczej w tym, bo Wybór celów zakończył się doskonałym cliffhangerem. Nie wiem czy autor nie mam ochoty czy pomysłu na ten porządne rozwinięcie tego wątku, może bał się bardzo trudnego tematu ludobójstwa. Nie wiem jaki był powód, w każdym razie, mocno się zawiodłem brakiem rozwinięcia tego motywu.

Podobny zawód, choć na szczęście znacznie mniejszy, poczułem w sprawie komandora Daniela Black, współczesnego męża reporterki z XXI wieku, Julii Duffy. I nawet nie chodzi o ich problemy małżeńskie, ale o fakt iż zginął między tomami i to jeszcze jakąś bezsensowną śmiercią w wypadku. Cóż mam wrażenie, że to wręcz kpina z czytelnika, zrobić wpierw bohatera, którego czytelnik polubi a potem cichcem go zlikwidować w sposób nic nie wnoszący do fabuły.

Jak pisałem jest to znacznie mniejszy zawód niż te nieszczęsne Hawaje, ale jest to też wina Birminghama, który zrobił wszystko by w Osi czasu nie pojawił się bohater, lub grupa bohaterów z którą czytelnik mógłby i chciałby się utożsamiać. Ten fakt równoważy wszystkie swoje pozytywy i negatywy. Brak takiego przodującego bohatera stał się odczuwalny właśnie w Ostatecznym celu, gdzie momentami, aż się prosiło by stał się nim np. książę Harry, kapitan Halabi z HMS Trident, czy kapitan Willet z HMAS Havoc. Błędne wrażenie, iż taki bohater się pojawi sprawiła pani Duffy, z którą na samym początku obserwujemy desant kawalerii powietrznej. Jednak piszę, że brak takich postaci równoważy swoje negatywy. Właśnie ich brak pozwala spojrzeć na inne problemy opisywane przez autora: rasizm, tłamszenie kobiet, nawet tak unikany przez autora problem jak ludobójstwa, to wszystko staje się ważniejsze, gdy czytelnik nie kibicuje konkretnym postaciom i ich losom w tym całym wojennym zamęcie.

Nim jednak przejdę do podsumowania, pozostanie ostatnia kwestia, którą poruszę ze względu na swój patriotyzm. Polska i jej udział w wojnie. Przy okazji poprzedniego tomu, miałem przyjemność wspomnieć o Dywizjonie 303, który zasłynął się w obronie Wielkiej Brytanii podczas Bitwy o Anglię. Tym razem mam znacznie smutniejsze wieści. Można powiedzieć, że autor wręcz znęcał się na Polską. Myślę, że wpływ na to miały materiały, jakie stały się jawne po upadku Żelaznej Kurtyny, gdzie tereny polski miały się stać atomowym frontem ewentualnej wojny między NATO a państwami Układu Warszawskiego. Zniszczenie Łodzi było pierwszym ciosem zadanym przez Birminghama, kolejnym było skażenie zachodnich terenów, na linii Odry, a później jeszcze na doprawkę zniszczenie Berlina, które choć nie dotyka Polski bezpośrednio, to w połączeniu z Łodzią i chemią uczyniło pewno większą część terenów Polski niezdatnymi do życia. Jednym zdaniem, wyszliśmy na tym gorzej niż w Jałcie. Jednak sam fakt takiego potraktowania tych terenów nie wpływa źle na ocenę całości, ponieważ nie bardzo widzę możliwość innego rozwiązania tych kwestii (może z wyjątkiem Berlina).

Kończąc Trylogię Oś czasu, Ostateczny cel dostaje tylko 4/6, głównie za Hawaje, choć polityka Roosevelta też ma wpływ na obniżenie oceny tomu.

Strona 1 z 512345